poniedziałek, 22 lipca 2013

Zakłopotanie.

Czwarty rok już mija kiedy z wilkiem chodzimy ramię w ramię. A raczej łeb w łeb. Nie atakuje mnie często, chyba ma do mnie słabość. Ale jego obecność wprawia mnie w zakłopotanie. Czasami ktoś podpyta, coś wyniknie ze zwyczajnej "o życiu" rozmowy i już pokaz cyrkowy mojego towarzysza życia. Zazwyczaj zdziwienie, strach, zmieszanie tych co go zobaczyli we mnie. Czasami ( w pracy...) zupełne niezrozumienie i ignorancja. Czasami odwrotnie i tak bardzo ciepło i tak bardzo po ludzku. Do wilka po ludzku. Bo przecież tak trzeba on w ludzkim życiu istnieje, a nie gdzieś w lesie, nocą do księżyca wyjący. Ale to nie czyjeś reakcje wprawiają mnie w to zakłopotanie. Cztery i pół roku interferonu w moich udach. Ktoś nawet zauważył, że są piękne i je lubi, więc tak marzę o tym, by już co tydzień nie wbijać w nie igieł. Ale na razie to niemożliwe i Bogu dziękować trzeba, że mam te igły na spokój zwierzyny. Nie wiem, czy to ten lek, czy sama choroba ale stałam się kimś innym. Stąd to zakłopotanie o którym od początku. Jestem połową siebie. Połową słów, połową pracy, połową pomysłów, połową realizacji, połową marzeń, połową wypraw rowerowych, połową wycieczek, koncertów, kina i teatrów. Połową siebie jestem. Druga to ten wilk. Zakłopotania powód. A może ta połowiczność, to mój wybór? Może przestałam o siebie walczyć? Może szukam wymówki do wygodniejszego, lżejszego życia? Może zwyczajnie jestem leniwa i siebie usprawiedliwiam? Jak można to zbadać? Gdzie słuchawkę przyłożyć? ps. Powrót mojej osoby na łono tego bloga, spowodował dzisiejszy telefon odznajomej, która zupełnie niechcący jak mniemam, użyła bardzo bolesnego przykładu w swojej opowieści: "I wiesz, ta pani jest po prostu nie-sa-mo-wi-ta! Taka mądra, gaduła, wszędzie jej pełno, ma tyle energii co ty jeszcze kilka lat temu." Ałuuuu.........

niedziela, 25 października 2009

Jedna na tysiąc.

Nie będzie od początku. Będzie od "teraz" z powrotami do "kiedyś", bądź "niedawno".
Dzisiaj jest niedziela. Dzień Pański. Za godzinę wyjdę do Kościoła, gdzie znajduje pocieszenie od zawsze.
To, że postanowiłam tutaj pisać jest wynikiem pewnej rozmowy z mamą moich uczennic (bo jestem niechcący nauczycielem z powołania). Mama tych dziewuszek choruje na raka. Spotkałyśmy się, gdy doszła do niej wiadomość o mojej diagnozie. Z tej rozmowy wyniosłam bardzo dużo skarbów. Jeden z nich był nad wyraz frapujący i to on owocuje w tej piszącej się chwili. Ewa powiedziała mi między słowami o "tożsamości osoby chorej" kształtującej się jako zupełnie nowy twór po diagnozie. Konieczny do prawidłowego funkcjonowania w drodze ku zdrowiu.
I jak to się stało, że ja jako psycholog z wykształcenia na to wcześniej nie wpadłam..?
Że niby szewc bez butów, tak?
Ja, szewc- rzeczywiście bosy- bo minęły dwa miesiące, a ja wypieram, nie pamiętam, nie chcę...
Ten blog to takie koło ratunkowe.
Może mi się uda. Trwać w studiowaniu mojej sytuacji, motywacji do odpowiedniej aktywności i świadomości tego co się ze mna dzieje. Świadomości.
Od wilka się nie uwolnię. Chyba że ktoś po drodze dostałby Nobla za odkrycie dlaczego mój organizm zamiast walczyć z wirusami, bakteriami i chronić mnie przed stresem, własnym systemem odpornościowym niszczy moje komórki nerwowe. Ale póki co zostańmy realistami... w tej bajce.
I budujmy nową tożsamość. Moją z wilkiem.